Stan wojenny w Polkowicach PDF Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 1
SłabyŚwietny 
Wpisany przez Proboszcz   
czwartek, 15 grudnia 2011 00:00

W nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku dekretem Rady Państwa został wprowadzony na terenie Polski stan wojenny. Uzasadniono go groźbą zamachu stanu przez opozycję zgromadzoną głównie w NSZZ „Solidarność", załamania gospodarki i interwencji wojsk radzieckich. Władzę w okresie stanu wojennego sprawowała WRON – Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego, na czele z gen. Wojciechem Jaruzelskim. Przepisy stanu wojennego spowodowały zawieszenie funkcjonowania organizacji społecznych i związków zawodowych, przy czym niektóre z nich rozwiązano – np. NSZZ „Solidarność" i Niezależne Zrzeszenie Studentów. Od początku stanu wojennego wprowadzono godzinę milicyjną, która obowiązywała aż do maja 1982 roku. Internowano głównych działaczy „Solidarności" i opozycjonistów – łącznie w obozach internowania przebywało ok. 10 tys. osób. Strajki i demonstracje, które wybuchły po wprowadzeniu stanu wojennego, tłumiło wojsko i Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej. Do pacyfikacji protestujących używano także ciężkiego sprzętu bojowego. W wyniku decyzji o użyciu broni ostrej w grudniu 1981 roku zginęło m.in. 9 górników w kopalni Wujek.

 

Sejmowa komisja do spraw zbadania działalności MSW, powołana przez Sejm kontraktowy (tzw. Komisja Rokity), ustaliła, że spośród 122 niewyjaśnionych przypadków zgonów w czasie stanu wojennego, do 88 przyczyniła się bezpośrednio działalność funkcjonariuszy MSW.

Koło północy z 12 na 13 grudnia 1981 roku milicja i SB zaczęły zatrzymywać działaczy "Solidarności". Przerwano połączenia telefoniczne, programy radiowe i telewizyjne. Do akcji ruszyło około 100 tys. milicjantów i żołnierzy. Na ulicę wyjechało 1750 czołgów i 1900 pojazdów opancerzonych. Stan wojenny trwał formalnie 586 dni - zniesiono go 22 lipca 1983 roku. Ale w potocznym odczuciu trwał aż do odzyskania niepodległości w 1989 roku.

Po ogłoszeniu stanu wojennego w Polkowicach wybuchły strajki w kopalniach „Rudna Zachodnia”, „Rudna Główna” i „Polkowice Główne”.  Odczuwało się wyraźne napięcie i niepokój w związku delegalizacją „Solidarności”. Dnia 13 grudnia 1981 r. ks. Jerzy Gniadczyk przenocował na plebani parafii św. Michała Archanioła dwóch członków Solidarności tj. przewodniczącego Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność” Piotra Serafina oraz rzecznika prasowego związku Juliusza Mateńko. Ponieważ groziło niebezpieczeństwo aresztowania związkowców, ks. Jerzy towarzyszył im w drodze na kopalnię, gdzie wejście na zakład ułatwił ówczesny dyrektor „Polkowic Głównych” Bogusław Kostka. Po spotkaniu, górnicy postanowili jednogłośnie rozpocząć strajk okupacyjny i nie rozpoczynać pracy. Oprócz kopalń miedziowych strajkowali pracownicy sąsiednich zakładów. Domagano się zniesienia stanu wojennego i uwolnienia internowanych. Około południa ZOMO-wcy otoczyli wszystkie strajkujące kopalnie. Komisarzem stanu wojennego na obszar Polkowic, został mianowany płk Pieszczota, który w sposób zdecydowany ostrzegał strajkujących, że jeżeli nie ustąpią, to będą winni za ewentualne ofiary konfrontacji. Komisarz płk Pieszczota przychodził do górników i kilkakrotnie nakłaniał ich do przerwania strajku, ale bez skutku. Podobnie nakłaniano dyra Bogusława Kostkę mówiąc; „jeżeli nie przestaną u ciebie strajkować, zalejemy kopalnię”. Dzień później 15 grudnia ZOMO-wcy szturmowali przylegający do kopalni Zakład Naprawczy Maszyn (ZANAM). Milicja i ZOMO bili pałkami robotników rozpraszając ich po pobliskim terenie. Robotnicy uciekając na teren pobliskiej kopalni, wnieśli na jej teren panikę i przerażenie, które udzieliły się górnikom. Przestraszeni tym widokiem i krzykami napadniętych robotników, górnicy przeprowadzili w załodze głosowanie. Postanowiono przerwać strajk. Ci którzy chcieli nadal strajkować, przeszli 4 km podziemnymi wyrobiskami do kopalni „Rudna Zachodnia”.

Szyb zachodni również był otoczony kordonem uzbrojonej milicji. Z jednej strony górnicy a z drugiej ich rodziny. Bez względu na świadków, rozpoczął się szturm. Tym razem ZOMO–wcy pałkami bili górników z wielką determinacją. Milicja gwałtownie wtargnęła na teren kopalni i niszczyła sprzęt, wyposażenie biurowca, wyważała drzwi, tłukła szyby, niszczyła instalację. Tego samego dnia „Dziennik telewizyjny” pokazywał straty „spowodowane przez górników” z Polkowic. Po ataku, górnicy postanowili z godnością wyjść z kopalni. Ustawieni w szereg, pobici, zmęczeni udali się ul. Kopalnianą w stronę Rynku. Na czele całej grupy górników szedł ks. Eugeniusz Jankiewicz. Jednak wkrótce usłyszano strzały oraz dźwięk przelatujących kul. Grupa kilkuset górników rozpoczęła ucieczkę najkrótszą drogą do kościoła św. Barbary w Rynku. Tu znaleźli azyl i poczuli się bezpieczni. ZOMO-wcy po przybyciu do Rynku, spotkali zdecydowany sprzeciw i opór ks. Jerzego Gniadczyka, ks. Eugeniusza Jankiewicza i ks. Zbigniewa Dołhania, wobec czego nie odważyli się wejść do kościoła. Ks. Jerzy Gniadczyk odprawił Mszę św., a na białym obrusie ołtarza położono łuski po zużytej amunicji ZOMO.

Jeszcze tej samej nocy z 15 na 16 grudnia do mieszkań przywódców strajku w Polkowicach wtargnęła Służba Bezpieczeństwa. Dokonano aresztowań i przewieziono na miejsce internowania do pobliskiego Głogowa. Pierwsza Wigilia Bożego Narodzenia w miejscu internowania, była smutna, przeniknięta poczuciem klęski i bezsilności. Jednak nadzieja przyszła nieco później, stopniowo z Watykanu, z Radia Wolna Europa, od kolegów i rodzin na wolności – opisują Piotr Serafin i Juliusz Mateńko. Dyrekcja KGHM-u pisemnie nakazała dyrektorowi Bogusławowi Kostce zwolnić z pracy wszystkich strajkujących górników. Zrobił to. Kilka dni później przyjął ich na nowo do kopalni, za co sam stracił pracę. Swoją decyzję umotywował: „było napisane: zwolnić. Nie było napisane: nie przyjmować”. Fortel dyrektora B. Kostki, uratował byt ekonomiczny niejednej polkowickiej rodzinie.

Poprawiony: czwartek, 05 stycznia 2012 12:33